niedziela, 22 kwietnia 2012

Nogi Stonogi, EGMONT


Nogi Stonogi po raz pierwszy spotkaliśmy na stoisku Egmontu, na Targach Książki w Krakowie w listopadzie ubiegłego roku. Julkowi tak bardzo spodobała się ta gra, że musieliśmy ją od razu kupić. I do tej pory tego nie żałujemy - sympatyczne robaczki dostarczają nam rozrywki przynajmniej raz na dwa tygodnie. A przy tym uczą Julków strategicznego myślenia (czy lepiej zostawić kostkę z żółtym czy czerwonym butem...). Długo graliśmy w wersję dla maluchów, ale ostatnio urozmaiciliśmy sobie rozgrywki wprowadzeniem dodatkowej zasady - można zabierać buty innym graczom... i wtedy dopiero zaczęła się zabawa :) Na początku były oczywiście dąsy ("Mama, bo Julka zabrała mi kawałek stonogi"), ale po kilku rundach dzieciaki zgodnie przekazywały sobie kartoniki z butami.

Gra ma bardzo proste zasady, Julek mając 3,5 roku świetnie sobie radził i często z nami wygrywał :) Rozgrywka trwa króciutko (do 10 minut), więc po pierwsze: maluchy nie zdążą się znudzić, a po drugie: to świetna zabawa w sam raz na wolne kilkanaście minut w ciągu dnia. W grze bierze udział maksymalnie 4 graczy, każdy z nich wybiera sobie wesołego robaczka, dla którego musi zdobyć jak najwięcej nóg :) 
Nogi są oczywiście w butach (wiadomo przecież nie od dziś, że stonogi uwielbiają buty :)) - a buty są  w różnych kolorach: zielone, żółte, czerwone, niebieskie i czarne. Takie same buty mamy na czterech kostkach. Każdy gracz rzuca trzykrotnie kostkami (pierwszy rzut wykonuje czterema, w kolejnych decyduje, iloma i którymi rzucać) - chodzi o to, by "wyrzucić" jak najwięcej butów w jednym kolorze. Oprócz butów na kostkach są słoneczka - jokery, dzięki czemu wcale nie jest trudno zdobyć np. kartonik z czterema czarnymi klapkami. Co prawda w trakcie gry dzieciaki liczą tylko do czterech, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby na koniec policzyć kto zdobył najwięcej nóg :)

Podsumowanie: proste zasady, świetna grafika i naprawdę porządne wykonanie (kartoniki są  prawie "pancerne" i nieprędko dadzą się zniszczyć) sprawiają, że dzieci po prostu uwielbiają ta grę... i mama też :)

piątek, 20 kwietnia 2012

Gram w kolory, ADAMIGO


Kiedy ponad rok temu Julek złapał paskudne zapalenie oskrzeli i konieczne okazały się zastrzyki, dla złagodzenia stresu zabrałam go do sklepiku z zabawkami, żeby wybrał sobie jakąś "pocieszkę". Juluś nie zastanawiał się długo - kolorowe pudełko ze śmiesznymi obrazkami od razu przykuło jego uwagę, a ja ucieszyłam się, że wybrał grę, a nie kolejnego (chyba już setnego) dinozaura :). W domu odpakowaliśmy zawartość i przez pierwsze 15 minut oglądaliśmy kolorowe kartoniki, Julkowi bardzo spodobało się też specjalne koło losujące (zamiast kostki). A potem graliśmy, i graliśmy, i graliśmy - za każdym razem zmieniając trochę zasady. Następnego dnia znów graliśmy i tak przez prawie 2 tygodnie, czyli całe chorowanie Julka...


Gra składa się z czterech dwustronnych plansz (każda w innym kolorze) z obrazkami. Takie same obrazki widnieją na 48 małych kartonikach. Mamy tu też tęczowe "koło fortuny", za pomocą którego losujemy kolor. W instrukcji opisane są cztery warianty gry, ale z własnego doświadczenia wiem, że można ich wymyślić 3 razy tyle :). My zaczęliśmy od wersji a'la bingo - w sam raz dla 3-latka. Każdy gracz wybiera sobie jedną planszę i kolejno kręcimy kołem. Jeśli wylosowany kolor odpowiada temu na naszej planszy możemy wybrać sobie jeden pasujący obrazek. Wygrywa ten gracz, który pierwszy zbierze wszystkie 6 kartoników w wybranym przez siebie kolorze. W trudniejszej wersji odwracamy kartoniki obrazkami do dołu i staramy się wylosować "nasz" kolor. Można tez zagrać w memo dla maluchów - odwracamy kartoniki obrazkami do spodu i każdy z graczy odkrywa po dwa obrazki. Od zwykłego memo różni się tym, że staramy się wylosować nie pary takich samych obrazków, a pary takich samych kolorów (a ponieważ w każdym kolorze mamy po 6 obrazków, dzieciom jest łatwiej "upolować" zdobycz). 


Gra świetnie nadaje się do nauki kolorów (dla najmłodszych), przedszkolaki mogą uczyć się ich angielskich nazw, szata graficzna jest wyjątkowo przyjazna dla maluchów, a i wykonanie dość solidne (gra była przez nas dość mocno eksploatowana, a pozostała praktycznie w stanie nienaruszonym, nie licząc dwóch rozklejonych kartoników, które szybciutko naprawiliśmy zwykłym klejem:))

czwartek, 19 kwietnia 2012

Sardynki, DJECO


Czy widział ktoś kiedyś rybę we fraku? Albo w kostiumie kąpielowym? A tamtej chyba zimno, bo założyła czapkę i szalik… Nie, to nie dziwaczny sen, po prostu gramy w Sardynki!

Sympatyczne rybki, mimo, że ściśnięte w swojej puszce, mają się całkiem nieźle, a na dodatek zalotnie zerkają na nas zachęcając do świetnej zabawy…

Bardzo się cieszę, że moje dzieci: 4-letni Julek i 8-letnia Julka wolą siedzieć z mamą na dywanie i grać w grę, zamiast siedzieć na kanapie przez telewizorem. A jeszcze bardziej cieszę się, gdy ta gra jest tak wciągająca, że spędzamy przy niej tygodnie, a nawet miesiące…
SARDYNKI firmy Djeco są naszą ulubioną grą karcianą, zabieramy ją ze sobą nawet na wakacje (plus za małe i lekkie, ale solidne pudełko). Pozostałe zalety? Proszę bardzo: proste zasady rozgrywki (radzi sobie z nimi 3-latek), zabawne rysunki, możliwość wymyślenia mnóstwa własnych wariantów gry (to nasza ulubiona zabawa), a przy okazji ćwiczenie pamięci (mamie też się przydaje). 

Podsumowując: uważajcie na tą grę, bo wpadniecie jak….sardynka w puszkę ;)



Zobacz także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...